hull.plWitamy w Wielkiej Brytanii. Twoje konto zostało właśnie obciążone kwotą 30 tysięcy funtów. Życzymy udanych wniosków o kredyty – taki komunikat, kierowany do przekraczających granicę w Dover czy na Heathrow niedaleko odbiegałby od prawdy. Pożyczanie jest tutaj nałogiem, któremu oddają się miliony. Cały ów brytyjski sen o sukcesie okazuje się tylko kolorową wizją dłużników, z łatwością zmieniającą się w koszmar.

Czy naprawdę tak łatwo wpaść w długi? Zadłużenie to pułapka, w której utknęło nie tylko kilkanaście milionów rodzimych mieszkańców Wysp, ale również sporo młodych, niedoświadczonych polskich emigrantów. Przyjechali tu, gdy kredyty były towarem gorącym jak świeże bułki, a oni jeszcze nie zdawali sobie sprawy, jak bardzo można się na nich sparzyć.

Paweł na sinusoidzie

Paweł Bartczak wylądował na dworcu Victoria w Londynie w styczniu 2005 roku. Jak mówi, miał dość „polskiej szarzyzny” i pracy za 500 złotych miesięcznie, które rozchodziły się w mgnieniu oka. Ot, 23-latek bez większych zobowiązań i z wielką chęcią korzystania z życia. – Wysiadając na Victorii bałem się, a zarazem czułem radość, że tu może być lepiej, łatwiej i piękniej. Dziwna mieszanka uczuć – wspomina.

Zaczęła się angielska jego bajka. Szybko załapał się do pracy, a pracodawca zapewnił mu bungalow – bez rachunków, z czynszem 150 funtów miesięcznie. Nie zrażał go fakt, że mieszkał w malutkiej wiosce z paroma dostojnymi posiadłościami i jednym zabytkowym pubem. Było super, było kolorowo. Po trzech miesiącach dołączyła do niego dziewczyna. Za dwie minimalne pensje mieli to, o czym w Polsce mogli tylko pomarzyć. Konsumpcyjny sen na jawie – ciuchy, perfumy, konsola do gier, pierwszy samochód. Żyć – nie umierać. Ale życie to sinusoida, po każdej sielance czeka nas zjazd i ci, którzy go doświadczyli, wiedzą jak się na niego przygotować. Paweł był świeży. Zjazd zaczął się u niego od zmiany pracodawcy, ten nowy nie chciał słyszeć o trzymaniu lokatorów na swoim garnuszku.

– Musieliśmy na własną rękę szukać nowego lokum – opowiada Paweł. –  Zaczęliśmy chodzić po agencjach i znaleźliśmy: salon, sypialnia, kuchnia za 550 funtów miesięcznie plus rachunki. Depozyt – miesiąc z góry! Komuś może wydać się to śmieszne, ale dla nas to był dość duży szok.

Wzięli zaliczkę z pracy. Potem pomyśleli o kupnie nowego auta, bo to stare psuło się co krok. Pożyczyli pięć tysięcy i na podjeździe zamiast wysłużonego golfa pojawił się ford mondeo, trzylatek. Po trzech miesiącach okazało się, że nowe też może się popsuć, a w warsztacie zaśpiewali za naprawę 1100 funtów. Na szczęście była jeszcze karta kredytowa i pełen komplementów list z banku: „Uznając, że jest Pan jednym z naszych najbardziej wartościowych klientów – bla bla bla –  proponujemy w ramach wyjątkowej oferty limit w wysokości 3000 funtów”. Te trzy tysiące poszły dość szybko.

– Gdy dotknąłem dna karty kredytowej, bank zaoferował mi pożyczkę na jej spłatę. Omamili mnie jak dziecko – mówi Paweł. – Pewnie wiele osób w takim przypadku jak mój słyszało to samo, że przy spłacie kwoty minimalnej na kartę spłacanie potrwa jakieś 11 lat. Więc uzbierało się co nieco. Już grubo ponad 7000 funtów do spłaty.

Długi zaczęły rosnąć lawinowo. Skomplikowały się sprawy osobiste, trzeba było sporo załatwić w Polsce, potem Paweł poprosił o rękę swoją partnerkę, doszło więc sfinansowanie ślubu i wesela, ford psuł się coraz częściej. Zaczęli się rozglądać za pożyczką, która by ich uwolniła od pożyczki na spłatę karty. I znaleźli. Piętnaście tysięcy w ratach rozłożonych na trzy lata – wyszło po 550 funtów miesięcznie. Potem jeszcze trzy tysiące na spłatę kredytu na samochód – żeby go sprzedać i kupić tańszy, może mniej awaryjny. Zrobiło się 18 tysięcy…

– Na nasze warunki kwota jest niebotyczna – mówi Paweł. – Mam cudowną żonę, której jako mąż i przyszły ojciec naszego dziecka, pragnę zapewnić stabilność i bezpieczeństwo. Ale by tego dokonać, muszę najpierw naprawić wszystkie błędy, które popełniłem. Ba! Jak to zrobić, gdy z dwóch tysięcy wspólnych dochodów, 1800 idzie na spłatę pożyczek i inne opłaty?…

Kapitalizm na kresce

Wielką Brytanią rządzą banki. Cały brytyjski kapitalizm opiera się na pożyczaniu. To właśnie z powodu pożyczek Zjednoczone Królestwo przeżywało najpierw lata prosperity, a teraz wpadło w kryzys. Bo cykl ekonomiczny również układa się – jak życie Pawła Bartczaka – w sinusoidę. Tuż przed gospodarczym zjazdem kredyty rozdawano jak worki ryżu. Prosto z „wozu”, jak leci, kto chciał albo wepchnął się przed innymi, ten dostawał. Gdy ta pożyczkowa bonanza przerodziła się we własną karykaturę, toksyczne kredyty pompowane w żyły brytyjskiego społeczeństwa zatruły cały finansowy organizm. W ramach drastycznego detoksu banki odcięły dopływ pieniędzy, a ludzie na finansowym głodzie przeżywają życie na odwyku, które jest może mniej kolorowe, ale znajduje się za to znacznie bliżej ziemi i otwiera oczy. Niektórzy jednak nie mogą się w tej nowej rzeczywistości odnaleźć. Jak żyć bez pożyczki, skoro od niej zaczynała się ich finansowa historia, znaczona  następnie kolejnymi kredytami?

– Utraciliśmy umiejętność oszczędzania i gospodarności w tym kraju, dlatego ludzie nie mają żadnych zaskórniaków, którymi mogliby się podeprzeć w trudnych czasach – ocenia Peter Sargent, specjalista ds. niewypłacalności w firmie Begbies Traynor.

Paradoksem jest fakt, że siła brytyjskiej ekonomii zależy właśnie od pożyczek. Im więcej bowiem ludzie mają pieniędzy, tym więcej dóbr kupują, nakręcając tym samym popyt. Aby na niego odpowiedzieć zwiększa się produkcja, sfera usług potężnieje, jest ruch na rynku nieruchomości, potrzebne są nowe inwestycje. Cały ten boom zależy jednak od potężnego brytyjskiego systemu bankowego. To banki generują pieniądz, którym można sfinansować rozwój. Gdy przechodzi im ochota na pożyczanie – a ten stan obserwujemy od co najmniej dwóch lat – odkrywa się cała bezradność rzekomo perfekcyjnego mechanizmu. Zza jego trybów wyziera prosta prawda, że życie na kredycie przekroczyło w UK masę krytyczną – społeczeństwo jest już na tyle zadłużone, że nie może spłacić swoich zobowiązań. W ciągu ostatnich pięciu lat zadłużenie konsumenckie powiększyło się o 500 miliardów funtów i sięgnęło niewyobrażalnej sumy 1,4 biliona funtów. Banki omamione swą potęgą w tym okresie, zamiast powiedzieć „stop!” nadal pożyczały, a kwota niespłacanych kredytów rosła lawinowo. Nadszedł kryzys. Banki przestały „rozdawać” pieniądze, a ludzie (i sporo firm) okazali się bezradni.

Rząd nie widzi innego wyjścia jak powrót na tory kredytowania społeczeństwa przez instytucje finansowe, czyli zmuszenia banków do dalszego pożyczania. Do tego sprowadza się w istocie cały plan ratowania gospodarki. Szykowany na ministra skarbu polityk Partii Konserwatywnej Philip Hammond nazywa ostatnie lata rządów laburzystów „dekadą braku odpowiedzialności”. W tej dekadzie mieszkańcy Wysp zatracili naturalny instynkt finansowy, dzięki któremu można wyczuć zagrożenia dla własnego budżetu i zabezpieczyć się na wypadek kłopotów z płynnością. W ciągu tych dziesięciu lat reakcją na rosnący dług było zaciąganie kolejnych pożyczek, a – co gorsza – wielu uwierzyło, że z bankowej sakwy będzie można czerpać do końca świata i o jeden dzień dłużej. Szybko okazało się, że to zwykłe mrzonki bankrutów.

Nałogowe pożyczanie

Obraz uzależnienia od pożyczek jest zatrważający. W tej chwili średnia długu na każdego mieszkańca UK wynosi ponad 30 tys. funtów. Co 4 minuty i 35 sekund kolejna osoba zostaje ogłoszona bankrutem lub staje się niewypłacalna, co 10 minut jedna nieruchomość jest zajmowana przez bank w ramach repossession. Szacuje się, że w tym roku zajętych przez banki zostanie 65 tys. nieruchomości (przy 40 tys. w roku ubiegłym). Tylko w pierwszym kwartale 2009 banki odebrały swoim dłużnikom 12,8 tys. nieruchomości (o 50 proc. więcej niż w tym samym okresie zeszłego roku). Między kwietniem a czerwcem banki straciły ok. 1 miliarda funtów na nieściągalnych długach z kart kredytowych, a włącznie z nieściągalnymi kredytami hipotecznymi kwota ta wyniosła 2,25 mld. Co ciekawe, mimo tych przejmujących danych, za którymi stoją prawdziwe ludzkie dramaty, rządowe wysiłki zmierzające do ponownego napędzenia machiny kredytowej przynoszą już pierwsze efekty. Wartość kredytów konsumenckich powiększyła się w czerwcu 2009 o kolejne 100 mln, zaś kredytów hipotecznych o 300 mln funtów. Fala powoli zaczyna przybierać.

W pułapkę uzależnienia od pożyczek wpadło również wielu Polaków, którzy przyjechali do Wielkiej Brytanii w szczycie kredytowej gorączki. To tutaj nasi dwudziestolatkowie zaliczali tak naprawdę start w dorosłe życie, a niezwykła dostępność pieniędzy sprawiała wrażenie, że wszystko przychodzi łatwo i bez stresu. Teraz owa „lekkość bytu” staje się nieznośna.

– O wiele trudniej przełknąć wewnętrzny wstyd, z powodu tego, jakim się jest. Ta cała bezradność, przez własny brak doświadczenia jest, proszę mi wierzyć na słowo, nie do zniesienia. Ja nie szukam jakiejkolwiek litości, lecz pragnę przestrzec wielu ludzi przed zbyt szybkim podejmowaniem pochopnych decyzji – mówi Paweł Bartczak, którego przypadek wcale nie jest w polskiej społeczności wyjątkiem.

Dobrą stroną życia w państwie rozwiniętym jest szereg mechanizmów, które chronią obywateli przed desperacką samotnością w obliczu zagrożenia bytu. Owszem, również tutaj słyszymy o zawrotnej liczbie odbieranych przez banki nieruchomości, osobistych bankructwach, a nawet samobójstwach z powodu długów. Wielu z tych dramatów dałoby się jednak uniknąć, gdyby dłużnicy wiedzieli więcej o systemowych rozwiązaniach pozwalających ponownie stanąć na nogi. Badania przeprowadzone przez specjalistów z Talkaboutdebt.co.uk pokazują problem pożyczkobiorców z mówieniem na temat wyzwań finansowych, przed którymi stanęli. Jeden na siedmiu badanych nie szuka żadnej pomocy obawiając się, że społeczeństwo oceni go jako życiowego niedorajdę. Aż 90 proc. twierdzi, że przed ogłoszeniem osobistego bankructwa powstrzymuje ich widmo wiążącej się z tym krokiem utraty wiarygodności kredytowej w oczach instytucji finansowych.

Porady dla zadłużonych Polaków

Najpierw w skrzynce przybywa listów z czerwonymi paskami ostrzegającymi, by ich „nie ignorować”. Pojawienie się w drzwiach smutnych panów z Debt Collection Agency, czyli któregoś z tysięcy operujących w Wielkiej Brytanii biur odzyskiwania długów, jest już przeżyciem traumatycznym. Jeszcze gorzej, gdy wizytę składają nam wysłannicy sądu, by dostarczyć wezwanie na rozprawę. Co powinniśmy zrobić w takiej sytuacji?

Aby uniknąć najgorszego, eksperci radzą zadać sobie kilka pytań. Czy zalegasz z opłatami na hipotekę? Czy systematyczne zwiększasz debet na karcie kredytowej? Czy zaciągasz kredyty, na warunkach jakich normalnie byś nie zaakceptował? Czy pożyczasz od rodziny i znajomych na spłatę odsetek? I wreszcie: czy pożyczasz od jednego znajomego, żeby spłacić drugiego? Jeśli odpowiedzi na większość pytań są twierdzące, czas najwyższy przyjrzeć się bliżej swoim finansom i zacząć działać. Rynek doradztwa w zarządzaniu długami rośnie jak na drożdżach. Szacuje się, że tylko w tym roku pomocy u doradców z tej branży szukać będzie ok. 4 mln osób. Na rynku pojawiły się już pierwsze firmy, powstające głównie z myślą o pomocy Polakom, którzy znaleźli się trudnej sytuacji finansowej.

W przypadku zadłużenia na karcie kredytowej doradcy znaleźli ponad 30 kruczków prawnych w regulujących całą sferę pożyczkową przepisach Consumer Credit Act, które pozwalają na rozwiązanie umowy z kredytodawcą bez żadnych konsekwencji i konieczności spłaty!

– Jeśli wzięliśmy jakikolwiek niezabezpieczony kredyt przed 6 kwietnia 2007 roku, możemy skorzystać z rozwiązań Credit Issues, czyli zbadania czy zaciągnięty przez nas kredyt jest w świetle prawa ważny. W znakomitej większości przypadków udaje się bowiem takie kredyty unieważnić – mówi Magdalena Wydra z Titan Debt Solutions.

Przykładem takiego kruczka jest wymóg istnienia papierowej umowy z podpisem klienta. Brytyjskie banki, nawet jeśli takie umowy podpisywały z pożyczkobiorcami, mają porządek jedynie w swojej bazie elektronicznej, gdzie wszystkie dokumenty są archiwizowane w postaci skanów. Do archiwów papierowych nikt nie przywiązywał wagi i zazwyczaj nie ma większych szans na odnalezienie takiej umowy. To wystarczy, by zakwestionować jej legalność i… pozbyć się kłopotu.

Jeśli chodzi o zadłużenie u różnych wierzycieli, a więc kredyty bankowe, nieuregulowane rachunki za prąd, gaz, council tax, można skorzystać z opcji Debt Management Plan (DMP) albo Individual Voluntary Agreement (IVA). W obu przypadkach mamy z głowy namolnych wierzycieli, bo kontakt z nimi utrzymuje pełnomocnik. – Od doradcy zależy ustalenie nowych zasad spłat z wierzycielami, wynegocjowanie mniejszych odsetek czy rozłożenie płatności na mniejsze kwoty – wyjaśnia Magdalena Wydra. Krokiem ostatecznym pozostaje ogłoszenie osobistego bankructwa, zwanego w Polsce upadłością konsumencką.

Sposobów na zażegnanie finansowej katastrofy jest sporo i każdy z nich ma swoje plusy i minusy. Jak wykazują badania rynku, w tej branży panuje jeszcze zadziwiająca dowolność. Gdy jeden doradca ds. zadłużenia proponuje podpisanie IVA, inny poleca tej samej osobie opcję DMP. Rosnącej liczbie osób doradza się również ogłoszenie bankructwa jako najlepsze wyjście z trudnej sytuacji. Trzeba też pamiętać, że usługi firm doradczych kosztują, więc w jakimś sensie powiększają dług klienta. I rzecz najważniejsza – doradca może pomóc w likwidacji długów, ale nie pomoże w walce z nałogiem pożyczania. Tę batalię musi stoczyć wyłącznie sam uzależniony.

 

Sposoby na długi

Personal bankuptcy
Ogłoszenie osobistego bankructwa oznacza utratę kontroli nad posiadanym majątkiem. Zgodnie z prawem konfiskacie nie podlegają podstawowe artykuły, takie jak ubrania, pościel, meble, sprzęty gospodarstwa domowego, narzędzia, książki, pojazdy – pod warunkiem, że są potrzebne do pracy. Pozostałymi dobrami materialnymi zarządza syndyk. Wykorzystuje je na pokrycie opłat i kosztów związanych z upadłością, a także na spłatę wierzycieli. Pełnomocnik może także wystąpić do sądu o przekazanie mu praw do nieruchomości dłużnika. Bankrut nie może też prowadzić firmy. Trzeba przeżyć w takim zawieszeniu 12 miesięcy, a w niektórych przypadkach nawet trzy lata – do czasu uchylenia decyzji o upadłości przez sąd. Dopiero wtedy można zacząć wszystko od początku, bez długiej listy wierzycieli. Uchylenie upadłości nie oznacza bowiem nic innego jak uwolnienie się od długów. Wreszcie można też pożyczać pieniądze czy prowadzić własny interes.

Debt Management Plan

Plan zarządzania długami, w którym priorytetowe płatności (mortgage czy czynsz) pozostają zabezpieczone, przy jednoczesnym spłacaniu pozostałych zobowiązań w kwotach, na jakie pozwala nam budżet. Od pełnomocnika zależy ustalenie nowych zasad spłat z wierzycielami, wynegocjowanie mniejszych odsetek czy rozłożenie płatności na mniejsze kwoty. Wynagrodzenie doradcy jest procentową częścią zarządzanego długu, dlatego im więcej jest do spłaty, tym wyższa będzie kwota jego prowizji.

Individual Voluntary Agreement
Formalne porozumienie z wieloma wierzycielami zawierane poprzez radcę ds. niewypłacalności (Insolvency Practitioner) w imieniu dłużnika. Podobnie jak Debt Management Plan, pozwala spłacać wierzycieli w kwotach, na które pozwala nam budżet, ale jednocześnie daje możliwość umorzenia nawet do 70 proc. zadłużenia. W odróżnieniu od osoby ogłoszonej bankrutem, dłużnik objęty IVA może zaciągać kredyty i prowadzić firmę, chociaż trzeba pamiętać, że informacje o zawarciu porozumienia IVA są jawne i mogą wpłynąć na wiarygodność kredytową. Spłata zobowiązań w ramach IVA może trwać nawet ponad 5 lat. Prowizja dla radcy IVA jest niższa od prowizji syndyka, ale z kolei raty płatności IVA mogą być znacznie wyższe niż w przypadku bankructwa. W przypadku IVA dłużnik nie traci kontroli nad swoim domem.

Adam Skorupiński goniec.com